Koh Tao: mroczna tajemnica rajskiej wyspy śmierci w Tajlandii
11 lipca, 2025
Turkusowa woda, piasek biały jak mąka i palmy kokosowe, które niemal kłaniają się morzu – to właśnie ten obrazek przyciąga do Tajlandii tłumy. A jednak, istnieje miejsce, które za tą pocztówkową fasadą chowa sekret mrożący krew w żyłach. Mowa o Koh Tao, prawdziwej wyspie tajemnic, której historia to gotowy materiał na mroczny film z gwiazdorską obsadą. Słysząc krótkie streszczenie całej serii niewyjaśnionych zgonów, naturalnie ciśnie się na usta pytanie: o co chodzi w tej całej ponurej legendzie i o czym jest tak naprawdę ta historia? Gdzie leży jej wyjaśnienie? Bo oficjalne zakończenie wielu postępowań prowokuje więcej pytań niż odpowiedzi, a jego interpretacja jest równie trudna jak w przypadku thrillera Shutter Island z Leonardo DiCaprio, opartego zresztą na znakomitej książce. Dlatego zabierzmy was w podróż na tę wyspę, żebyście sami mogli ocenić, czy jej piękno jest warte podejmowanego ryzyka. To nie jest historia, którą da się po prostu obejrzeć, którą można oglądać online niczym jeden z wielu podobnych thrillerów, który jest dostępny za darmo jako cały film z lektorem lub napisami pl. To opowieść o prawdziwych dramatach, rozgrywających się w scenerii, którą ktoś kiedyś nazwał rajem.
Witamy w raju? kilka słów o geografii i turystyce na Koh Tao
Na pierwszy rzut oka Koh Tao wydaje się być ucieleśnieniem tropikalnego snu. To jeden z tych pięknych, kiedyś naprawdę spokojnych, zakątków Tajlandii, bez molochów hotelowych i hałasu masowej turystyki. Miejsce wręcz stworzone dla kogoś, kto chce po prostu plażować i poczuć bliskość natury. Tylko że pod tą rajską powłoką czai się druga, znacznie ciemniejsza strona, która przyniosła wyspie złą sławę i przydomek „wyspy śmierci”.
Gdzie leży „wyspa żółwi” i skąd jej ponura reputacja?
No dobrze, to gdzie dokładnie jest to miejsce? Koh Tao to mała wysepka, ma ledwie 21 km² powierzchni, leży sobie w archipelagu Chumphon przy zachodnim brzegu Zatoki Tajlandzkiej. To jakieś 60 kilometrów od dwóch dużo bardziej znanych sióstr – większej Ko Samui i tej słynącej z imprez Full Moon Party, czyli Ko Phangan. Formalnie to tzw. tambon, czyli poddystrykt należący do dystryktu Ko Pha-ngan. Przez lata była nazywana „wyspą żółwi”, bo po tajsku Koh Tao to właśnie to oznacza, a gady faktycznie masowo składały tu jaja. Niestety. Ostatnio ten uroczy przydomek zastąpiło coś znacznie bardziej złowrogiego. Wszystko przez serię tajemniczych śmierci i zaginięć turystów z Europy, która zaczęła się w 2014 roku i położyła się cieniem na reputacji tego miejsca.
Jak właściwie dostać się na Koh Tao?
Dotarcie na wyspę, mimo że nie ma ona lotniska, jest zaskakująco proste. Najpierw oczywiście trzeba jakoś dolecieć do Tajlandii z Polski, co przy odrobinie sprytu i cierpliwości nie jest dziś wielkim wyzwaniem. A potem? Potem trzeba już tylko dostać się na wybrzeże albo na którąś z sąsiednich wysp, skąd na Koh Tao regularnie pływają promy i szybsze katamarany. Główne porty startowe to Chumphon i Don Sak na lądzie stałym, oraz wspomniane już Ko Samui i Ko Phangan. Sama podróż po morzu trwa, w zależności od tego czym i skąd płyniemy od półtorej do kilku godzin i sama w sobie jest całkiem malowniczym wstępem do przygody.
Co przyciąga ludzi mimo wszystko? nurkowanie, plaże i widoki
No właśnie, dlaczego mimo tej mrocznej famy, ludzie wciąż tam jeżdżą? Odpowiedź jest prosta: nurkowanie. Bo Koh Tao to wciąż jedno z najważniejszych centrów nurkowych w całej Azji Południowo-Wschodniej. To właśnie nurkowanie i snorkeling są magnesem, który działa na podróżników z całego świata. Krystalicznie czysta woda, rafy koralowe, bogactwo podwodnego życia i szkoły nurkowe oferujące kursy na każdym poziomie zaawansowania w naprawdę dobrych cenach (co dla wielu ma kluczowe znaczenie). A jeśli nie nurkowanie, to co? Oczywiście rajskie plaże, idealne do leniuchowania i spektakularne punkty widokowe, z których widoki po prostu wbijają w fotel.
Rajskie krajobrazy i ich mroczny cień
Koh Tao to naprawdę wyspa skrajności. Z jednej strony mamy tu krajobrazy tak piękne, że aż nierealne. Z drugiej, historie tak tragiczne, że aż trudno pojąć jak mogły wydarzyć się w takiej scenerii. I właśnie ten dysonans sprawia, że pobyt tutaj staje się czymś więcej niż tylko wakacjami. Zmusza do myślenia.
Plaże, widoki i nocne życie, czyli gdzie szukać raju (i kłopotów)
Wyspa ma plaże na każdy gust. Najdłuższa i najbardziej znana to Sairee Beach na zachodnim brzegu. Ma prawie 2 kilometry i to wokół niej kręci się całe turystyczne życie: bary, restauracje, szkoły nurkowania. To miejsce dla tych, którzy lubią, gdy coś się dzieje, choć trzeba być gotowym na to, że wieczorami bywa tam naprawdę głośno. Jeśli szukasz spokoju, lepszym wyborem będzie Haad Thien Beach, czyli Shark Bay. To malownicza zatoka na południu, która swoją nazwę zawdzięcza niegroźnym rekinom rafowym czarnopłetwym, które można spotkać podczas snorkelingu. Jeszcze inną opcją jest Chalok Bay, spokojniejsza alternatywa dla Sairee.
Ale żeby w pełni docenić urodę Koh Tao, trzeba spojrzeć na nią z góry. A punktów widokowych tu nie brakuje. Jeden z tych ikonicznych widoków, ten na pobliską wysepkę Koh Nang Yuan, można podziwiać z kilku miejsc, w tym z platformy Grand Father Rock Lagoon czy z Top Point. Z kolei na południu jest Sun Suwan 360 View, punkt widokowy przy barze, skąd widać jednocześnie dwie zatoki: Chalok Bay i Shark Bay. To krótkie summary atrakcji nie oddaje jednak w pełni tego, jak magiczny jest widok o zachodzie słońca.
A co po zachodzie? Choć Koh Tao to nie imprezowe Ko Phangan ze swoim Full Moon Party, też ma swoje życie nocne, głównie przy Sairee Beach. Pełno tam barów z muzyką do późna. Najsłynniejszy to chyba Fish Bowl, gdzie często grają na żywo. I to właśnie tutaj, w tej atmosferze beztroskiej zabawy, czuć pewien niepokój. Bo wiele z tych najgorszych historii, które się tu wydarzyły, zaczynało się właśnie po zmroku, w którymś z plażowych barów, jakby to była druga, mroczniejsza część tej samej opowieści.
Czarna seria zgonów. Co naprawdę stało się na wyspie?
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Do tej części historii wyspy, która sprawia, że wielu podróżników po prostu wykreśla ją z planu, a w internecie można znaleźć wiele dyskusji na ten temat, często po angielsku. Od 2014 roku na Koh Tao doszło do całej serii zgonów i zaginięć, głównie młodych ludzi z Europy. A co gorsza, wiele z tych spraw do dziś nie ma sensownego wyjaśnienia, a sposób prowadzenia śledztw przez tajską policję… no cóż, budzi ogromne kontrowersje.
Morderstwo, które wszystko zaczęło: historia Hannah Witheridge i Davida Millera
Wrzesień 2014. Idylliczny wizerunek wyspy rozpada się na kawałki. Na plaży Sairee, w samym sercu turystycznego zgiełku, ktoś znajduje ciała dwójki brytyjskich turystów: 23-letniej Hannah Witheridge i 24-letniego Davida Millera. Sekcja zwłok nie pozostawia wątpliwości – Hannah została brutalnie zgwałcona, a oboje zginęli od ciosów tępym narzędziem. Tajska policja rusza ze śledztwem, które od samego początku wyglądało, mówiąc delikatnie, dziwnie. Ostatecznie za morderstwo skazano na karę śmierci dwóch imigrantów z Birmy, ale wiele osób, od dziennikarzy po obrońców praw człowieka jest przekonanych, że wrobiono ich, byle tylko szybko zamknąć sprawę i ratować wizerunek Tajlandii jako bezpiecznego raju.
Lista ofiar, która niepokojąco rośnie
Śmierć Brytyjczyków, niestety, była tylko początkiem. W kolejnych latach na Koh Tao dochodziło do kolejnych dramatów, a ofiarami byli turyści z Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii, Niemiec. Pojawiły się kolejne ciała, a lokalna policja z zadziwiającą regularnością klasyfikowała te zgony jako samobójstwa, często kompletnie ignorując protesty rodzin czy dowody, które wskazywały na coś zupełnie innego.
- W 2015 w wynajmowanym bungalowie znaleziono powieszone ciało 29-letniego Francuza, Dmitrija Povse (w niektórych źródłach piszą, że był Rosjaninem). Jego rodzina od początku nie wierzyła w samobójstwo.
- W tym samym roku z hostelu zniknęła 23-letnia Rosjanka, Valentina Novozhyonova. Co się z nią stało? Do dziś nie wiadomo.
- W 2016 roku na dnie basenu znaleziono ciało 26-letniego Brytyjczyka, Luke’a Millera.
- W 2017 w dżungli odkryto powieszone ciało 30-letniej Belgijki, Elise Dallemagne. Jej matka była pewna, że to nie było samobójstwo, a cała historia nadawałaby się na mroczny kryminał, który mógłby trafić na półki w Empiku.
- Niedługo potem w lesie znaleziono martwego niemieckiego turystę, Bernda Grotscha. Ten mężczyzna również zginął w tajemniczych okolicznościach.
- Ta tragiczna lista jest niestety dłuższa i obejmuje też Mołdawianina Alexandra Bucspuna, który utonął w dziwnych okolicznościach, czy Brytyjczyka Nicka Pearsona. A w 2021 roku w basenie luksusowego hotelu znaleziono martwą parę milionerów z Australii (choć inne źródła podawały, że z Indii).
Dlaczego policja tak szybko zamyka sprawy? Oto jest pytanie
W większości tych przypadków uderza jedno: bierność i pośpiech, z jakim miejscowa policja zamykała śledztwa. Tajemnicze zgony niemal z automatu były klasyfikowane jako samobójstwa albo nieszczęśliwe wypadki, nawet gdy okoliczności wrzeszczały, że brały w tym udział osoby trzecie. Rodziny ofiar często skarżyły się na zastraszanie i totalne ignorowanie dowodów. Taka postawa służb tylko podsyca spekulacje o korupcji, o chęci tuszowania prawdy w strachu przed odpływem turystów. Oraz o tym, że na wyspie działa potężna lokalna grupa, taka „rodzinna mafia”, która kontroluje cały biznes i czuje się bezkarna.
„Wyspa gwałtu”, czyli o bezkarności i systemowym problemie
Morderstwa i dziwne zgony to jedno. Ale Koh Tao szybko dorobiła się kolejnego, przerażającego przydomka – „wyspa gwałtu”. Liczne doniesienia o napaściach seksualnych na turystki i, co może nawet gorsze, szokująca reakcja władz na te zdarzenia, obnażyły problem, który sięga znacznie głębiej niż tylko ta mała wyspa.
Sprawa 19-latki, której nikt nie chciał uwierzyć
W 2018 roku wybuchła afera ze zgwałconą 19-letnią Brytyjką. Dziewczyna twierdziła, że została odurzona i zgwałcona na plaży Sairee, zaraz po tym jak zamówiła drinka w popularnym barze Fish Bowl. Zgłosiła sprawę na policję, ale ta… początkowo zaprzeczyła, że do gwałtu w ogóle doszło. Co więcej, oskarżyła turystkę o kłamstwo. Dopiero gdy dziewczyna opowiedziała o wszystkim brytyjskiej prasie, zrobił się międzynarodowy szum. I co wtedy zrobiła tajska policja? Zamiast szukać sprawców, aresztowała 12 osób za udostępnianie informacji o gwałcie w social mediach, oskarżając ich o psucie wizerunku wyspy (to nie żart). Ostatecznie, pod presją z zewnątrz, policjanci przesłuchali dziewczynę w Anglii i niby wznowili śledztwo. Jej matka, która od początku stała murem za córką, publicznie oskarżyła tajskie służby o celowe tuszowanie przestępstw.
Lokalna mafia, korupcja i zmowa milczenia
Właściwie, patrząc z innej perspektywy, to wszystko zaczyna układać się w logiczną, choć przerażającą całość. Wiele źródeł, w tym dziennikarze śledczy i ekspaci, którzy pomieszkali tam dłużej, mówią wprost, że policja na Koh Tao jest skorumpowana. Ich opinie, które można znaleźć na różnych forach, a nie na portalu Filmweb, są jednoznaczne: władza pozostaje pod wpływem kilku lokalnych, potężnych rodzin, które trzymają w garści większość biznesów – od hoteli i barów po transport. To właśnie ta „mafia” ma stać za wyciszaniem wielu spraw. Każda negatywna wiadomość to przecież cios w turystykę, a turystyka to żyła złota. Dlatego o wiele łatwiej jest uznać śmierć turysty za samobójstwo, a gwałt za fantazję ofiary, niż prowadzić śledztwo, które mogłoby komuś zaszkodzić.
„Uważajcie w bikini”, czyli jak władza obwinia ofiary
Ten problem obwiniania ofiar, czyli victim-blaming, widać niestety nawet na najwyższych szczeblach władzy w Tajlandii. Po brutalnym morderstwie Hannah Witheridge i Davida Millera, ówczesny premier kraju, Prayuth Chan-ocha, palnął coś niewiarygodnego. Stwierdził, że europejskie turystki nie mogą czuć się bezpiecznie, „jeśli chodzą w bikini”, chyba że „nie są piękne”. Później za to przepraszał, ale mleko się rozlało. Jego słowa pokazały pewną mentalność, w której odpowiedzialność za zbrodnię magicznie przesuwa się ze sprawcy na ofiarę. To podejście, które ma chronić wizerunek Tajlandii jako bezpiecznej „Krainy Uśmiechów” którą odwiedza rocznie jakieś 35 milionów turystów, jest po prostu krzywdzące i niebezpieczne.
A jak wygląda codzienne życie na wyspie śmierci?
No dobrze, ale za tymi wszystkimi nagłówkami w gazetach i policyjnymi raportami toczy się przecież normalne życie. Jak na tę całą czarną legendę patrzą ludzie, dla których Koh Tao to po prostu dom? Zarówno ci rdzenni mieszkańcy, jak i ekspaci, którzy przyjechali tu za słońcem i pracą?
Co mówią ekspaci, a o czym milczą miejscowi
Na wyspie mieszka całkiem spora ekipa obcokrajowców – głównie młodzi ludzie z Europy czy Australii, pracujący jako instruktorzy nurkowania, barmani, menedżerowie w hostelach. Ich opinie są, co ciekawe, podzielone. Niektórzy, jak spotkany przeze mnie kiedyś Marcus, Szwed pracujący za barem w Fish Bowl, po prostu wzruszają ramionami i mówią, że to bezpieczne miejsce, a wypadki zdarzają się wszędzie. Ale są też inni. Jak mawia mój znajomy, który przepracował tam dwa sezony jako instruktor nurkowania: „Wiesz, oficjalnie jest super, ale po cichu każdy ci powie, że po zmroku trzeba mieć oczy dookoła głowy”. Mówią o wszechobecnych wpływach „rodzin” i o tym, że o pewnych sprawach się po prostu nie gada. Wszyscy jednak podkreślają, że na co dzień wyspa funkcjonuje normalnie, a jej urok wciąż przyciąga nowych, jak 18-letnia Bella z Holandii, która przyjechała z koleżanką, być może oglądając wcześniej filmy na YouTube, i postanowiła zostać na dłużej, rozdając ulotki do „pub crawlu” na plaży Sairee.
A rdzenni mieszkańcy? Z nimi jest najtrudniej. Spróbuj zapytać o serię zgonów, a najpewniej zobaczysz wymuszony uśmiech i szybką zmianę tematu. Odpowiedzą, że nic nie wiedzą. Tajka robiąca ci masaż na plaży na pytanie o Hannah i Davida, pewnie uda że nie rozumie angielskiego. A znużony policjant na posterunku na wspomnienie nazwisk ofiar, rzuci tylko, że sprawy są zamknięte. To milczenie, które może wynikać ze strachu, z lojalności, a może po prostu ze zmęczenia łatką, którą przypięto ich domowi. To mur, którego jako turysta raczej nie przebijesz.
Jechać czy nie jechać? oto jest pytanie
Stajemy więc przed naprawdę trudnym wyborem. Z jednej strony mamy wyspę o niezaprzeczalnym, rajskim pięknie, mekkę nurków i (pozorną?) oazę spokoju. Z drugiej – miejsce naznaczone tragedią, zszarganą reputacją i całkiem realnymi, udokumentowanymi zagrożeniami. Czy warto ryzykować? Na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi.
Jeśli już się zdecydujesz – kilka zasad, których warto się trzymać
Jeśli jednak zdecydujesz się na podróż na Koh Tao, musisz po prostu zachować podwójną ostrożność. Nie chodzi o to, by dać się zwariować i wszędzie węszyć spisek, ale o zwykłą świadomość ryzyka i trzymanie się kilku zasad, które akurat w tym miejscu mają o wiele większe znaczenie.
- Nigdy, ale to przenigdy nie zostawiaj swojego drinka bez opieki i nie bierz niczego od nieznajomych.
- Unikaj samotnych powrotów do hotelu w nocy, zwłaszcza po imprezie na plaży. Zawsze trzymaj się swojej grupy.
- Daj znać komuś bliskiemu, gdzie jesteś i jakie masz plany.
- Bądź ostrożny w nawiązywaniu znajomości i unikaj konfliktów, szczególnie z miejscowymi.
- Miej bardzo ograniczone zaufanie do lokalnej policji, w razie jakichkolwiek poważnych problemów dzwoń do polskiej ambasady w Bangkoku.
- I najważniejsze, słuchaj swojej intuicji. Jeśli coś lub ktoś wydaje ci się podejrzane, po prostu się odwróć i odejdź.
Tysiące turystów co roku wyjeżdża z Koh Tao z poczuciem, że to były wakacje ich życia, bez żadnych nieprzyjemności. Podziwiali podwodny świat, wylegiwali się na rajskich plażach i wrócili cali i zdrowi. Ale historie tych, którzy nie mieli tyle szczęścia, przypominają, że za idylliczną pocztówką kryje się mrok. Wybór należy do ciebie. Można postawić na szali niezaprzeczalne piękno natury i wyjątkową atmosferę z jednej strony, a z drugiej – ryzyko, którego nie da się zignorować. Być może kluczem jest po prostu podróżowanie świadome – cieszenie się rajem, ale z szeroko otwartymi oczami i świadomością, że nawet w najpiękniejszym zakątku świata zło czasem czai się tuż za rogiem.
0 komentarzy